piątek, 13 października 2017

GAMBIA – MAŁY KRAJ, WIELE MOŻLIWOŚCI CZ.1

Gambia to naprawdę najmniejsze państwo kontynentalnej Afryki, położone w jej zachodniej części, otoczone Senegalem (a w zasadzie wciśnięte w jego terytorium), z dostępem do Oceanu Atlantyckiego. Państwo nazywające się jak rzeka, albo rzeka nazywająca się tak, jak państwo. Jedno jest pewne obydwa byty są ze sobą nierozerwalnie związane – rzeka rozciąga się przez całą długość kraju (na odcinku 480 km.), a kraj nie chce zbytnio oddalać się od rzeki. W najszerszym miejscu terytorium Gambii ma 48 km., a przeciętnie 32 km. Pisząc powyżej o nierozerwalnym związku rzeki z państwem, zastanawiam się, czy słowa te są przeze mnie odpowiednio użyte. A to dlatego, że w zasadzie, to rzeka rozdziela obie części państwa, a nie je łączy – na całej swojej długości (głównego nurtu) brak jest jakiegokolwiek mostu łączącego oba brzegi.


Przybywający co raz liczniej turyści (w tym również z Polski), najczęściej korzystają tylko z uroków wypoczynku w hotelach (których jest co raz więcej), zlokalizowanych przy oceanicznych plażach. To błąd! Gambia jest małą cząstką kontynentu (wydzieloną administracyjnie) i jak przystało na „malucha” oferuje w małych ilościach, ale wiele twarzy całej Afryki. Kraj ma naprawdę sporo do zaoferowania dla turystów. Chcąc poznać osobliwości przyrodniczo-kulturowe Gambii, osobiście polecam, a przed wylotem odsyłam do zasobów internetowych, po szczegóły, a warto odwiedzić chociażby http://www.visitthegambia.gm 
http://www.ttag.gm  http://www.gambia.pl/pl  
http://www.accessgambia.com/information/travel-tourism.html




Z ciekawostek, które można przeczytać o tym kraju warto zatrzymać się na jego historii. Gambia pełniła rolę jednego z centrów handlu niewolnikami. Przez jej obszar przewinęło się setki tysięcy ofiar. Nie wolno tego zapominać! A przypomniał nam wszystkim o tym niejaki Haley, amerykański pisarz, który swoją powieść pt. Korzenie, napisał na podstawie przekazywanej mu rodzinnej historii o jego przodkach, którzy rzekomo pochodzili z ludu Mandinka (obecnie to największa grupa etniczna w kraju), właśnie z obszaru dzisiejszej Gambii. Drugi aspekt historii wiąże się poniekąd z Polską. Otóż, w XVI w. niejaki Gotthard Kettler, będący księciem Kurlandii, został lennikiem króla polskiego Zygmunta Augusta. Niecały wiek później jego potomek Jakub Kettler – lennik wówczas panującego Jana Kazimierza, postanowił posiadać zamorskie kolonie. W 1650 r. zorganizował „kompanię gwinejską”, a w 1651 r. po dotarciu okrętów do ujścia rzeki Gambii, jego kapitan kupił od władcy plemienia Barra najpierw bezludną wyspę na rzece, a następnie kilkudziesięciu kilometrowy pas ziemi wzdłuż brzegi rzeki. Po wybudowaniu fortów i bastionu, fortyfikacje te dawały możliwość kontrolowania handlu i podróży wzdłuż rzeki. Kres kurlandzkiemu panowaniu przyniósł niestety potop szwedzki. Ketler lojalny wobec polskiego króla Jana Kazimierza został osadzony w więzieniu, gdzie spędził dwa lata. Wykorzystali to najpierw Holendrzy, a następnie Anglicy, przejmując wyspę św. Andrzeja ) i pozostałe terytoria. Obecna nazwa wyspy to James Island, a co raz częściej nazywana jest wyspą  Kunta Kinteh (bohatera powieści i filmu Korzenie). Na podstawie tych faktów, stwierdzić można, że część dzisiejszej Gambii to dawne zamorskie terytorium Polski.




Po kraju poruszać się można na różne sposoby i trudno powiedzieć, który jest najlepszy. Jedno jest pewne – na pewno warto! Można korzystać z nowo pojawiających się wypożyczalni samochodów – po pierwsze drogo, po drugie (moim zdaniem), nie ma potrzeby. Można korzystać z transportu lokalnego – Afryka!, zatem mamy do dyspozycji wieloosobowe, nie młode już i często nie w pełni sprawne busy (za to frajda z jazdy i bezpośrednie obcowanie z tubylcami zapewnione). Można też korzystać z usług lokalnych organizatorów turystyki, którzy dysponują środkami komunikacji – warto rozważyć tę opcję i oczywiście…należy się targować. Jakość dróg pozostawia wiele do życzenia. Stwierdzić należy, że drogi na północ od rzeki są lepsze – więcej na nich asfaltu, na dłuższych odcinkach (ale niebawem ponoć ma tak też być na południu). Infrastruktury drogowej (restauracje, stacje benzynowe) w zasadzie nie ma żadnej, po za nielicznymi wyjątkami. Przy drogach, co jakiś czas ulokowane są posterunki policyjne kontrolujące i sprawdzające (w zasadzie to nie wiadomo co), zabierające czas, zwłaszcza na dłuższych podróżach.


 


Istotną „arterią” jest droga wodna – rzeka. Jest ona spławna (nawet dla dużych jednostek od ujścia aż do MacCarthy Island). Rzeka jest nie tylko „ścieżką” komunikacyjną, ale również sama w sobie jest atrakcją, a zwłaszcza rejsy jej nurtem. Bez wątpienia warto rozważyć jej wykorzystanie – szczególnie polecam! – na dalszym, dużo bardziej atrakcyjnym odcinku. My nasz rejs zaczynamy z miasteczka Kuntaur, opływamy wokół kompleksu pięciu wysp (Baboon Islands) i z poziomu rzeki (w zasadzie jedyny możliwy) podziwiamy Park Narodowy Rzeki Gambii, kierując się następnie do Janjanbureh. Park stanowi ostoję dla zagrożonych w Gambii hipopotamów oraz szympansów. Można tutaj obserwować wiele z pośród zarejestrowanych 560 gatunków ptaków. W krajobrazie parku dominują głównie lasy tropikalne, tzw. galeriowe, gdzie korony drzew stykają się z lustrem wody, tworząc nad nią zacienioną galerię. Mamy szczęście i udaje nam się dostrzec pływające sobie w rzece hipopotamy.










piątek, 8 września 2017

HAMPI / WIDŻAJANAGAR - INDIE, KARNATAKA CZ.2






Możliwości logistycznych dostania się w to miejsce jest wiele, w zależności o miejsca, gdzie rozpoczniemy swój początek podróży. To wszystko można bez problemów odszukać w zasobach internetowych. Część osób robiąc sobie tour po Indiach, często robi sobie przerwę na odpoczynek na plażach Goa. Wówczas można sobie pozwolić na eskapadę właśnie stamtąd. Opierając się na własnych doświadczeniach (było to jakiś czas temu, ale myślę, że nic się nie zmieniło): w biurze podróży w jakiejkolwiek miejscowości na wybrzeżu Goa – np. Colva, należy zaopatrzyć się w bilet na tzw. sleeperbus, czyli nocny autobus (z możliwością rozłożenia siedzeń, które stanowią łóżko) z miejscowości Margao właśnie do Hampi. Koszt w obie strony jest naprawdę niewielki, a autobus wyjeżdża ok. północy z Margao i nad ranem jest w Hampi, powrót zaś następuje w godz. wieczornych z Hampi i wczesnym rankiem jest się w Margao.  Teoretycznym problemem jest trasa Colva – Margao (chociaż to niecałe 10 km.), lub jakakolwiek inna miejscowość na wybrzeżu, ale…po pierwsze jest mnóstwo czasu, aby się dostać na wieczór na wyjazd i cały dzień na powrót na wybrzeże, po drugie…autostop jest najlepszym rozwiązaniem (w pojedynkę to nawet na skuterze).



Po dotarciu na miejsce jest wiele możliwości penetrowania okolicy. Nie polecam własnych nóg jako środka transportu, bo jeżeli chce się zobaczyć znaczną większość, to okazuje się, że jest to zbyt duży obszar, aby to zrobić. Pozostaje zatem np. wynajęcie samochodu, roweru lub rikszy motorowej z przewodnikiem. I to ostatnie uważam za najlepsze rozwiązanie, ponieważ zawsze coś nowego możecie dowiedzieć się od miejscowego i co ważne on wie, gdzie ma się kierować, w zależności od tego, jaką opcję wybierzecie, bo oznaczenia tam są …niezbyt precyzyjne. Jest na miejscu w okolicach również wiele możliwości noclegowych i gastronomicznych. Z pewnością każdy znajdzie coś dla siebie.




Jest wiele relacji i opisów dot. zwiedzania Indii, w kontekście kontaktów z tubylcami. Oczywiście różni się ich kultura od naszej (ogólnie – zachodniej), mają inny poziom postrzegania wielu aspektów życia, w większości są oni bardziej ubodzy, ale…chciałbym podzielić się wspomnieniami właśnie z Hampi. Pod koniec zwiedzania, gdzieś na końcu ulicy zabytkowej części założenia, postanowiłem kupić jakąś pamiątkę. Zainteresowało mnie miejsce, gdzie pewien jegomość tworzył figury i różne elementy z metalu. Podszedłem i w spokoju obserwowałem jego pracę. Był skupiony na tym co robi, a kiedy dostrzegł mnie, lekko się uśmiechnął i dalej zajęty był swoją robotą. Zupełne zero nachalności. Po pewnym czasie przerwał, a ja powiedziałem, że interesujące jest to, co on robi, wówczas ze szczerym uśmiechem powiedział (po angielsku), że bardzo się cieszy z mojego zainteresowania i jeżeli ja mam ochotę, to on może pokazać mi inne jego rzeczy. Tak zaczęła się prosta rozmowa, która co raz bardziej stawała się sympatyczna. Zupełnie ani razu nie wspomniał o tym, że to wszystko, co mi pokazuje mogę kupić. W pewnej chwili zadał mi pytanie skąd pochodzę i kiedy dowiedział się, że jestem z Polski, wówczas już całkiem uśmiechnęło mu się lico. Wyciągnął gdzieś z zakamarków swojego warsztatu, mocno podniszczony już zeszyt i zaproponował mi, abym mu pomógł. W zeszycie tym, w bardzo wielu językach świata zapisane były podstawowe zwroty grzecznościowe, tłumaczone na język indyjski (lub jakiś sanskryt, którym on się posługiwał). Była tam już strona z językiem polskim, ale chciał ją uaktualnić i rozbudować. Spędziłem u niego…nawet nie wiem ile czasu. Na koniec naszego spotkania zaproponowałem mu, że chciałbym coś kupić, wówczas on powiedział…wybieraj, na pewno się dogadamy. Kupiłem u niego dwie metalowe figurki religijne. W trakcie całej naszej rozmowy poruszaliśmy różne tematy, a na koniec otrzymałem od niego dwie pamiątki: jedną monetę dla mnie, drugą dla mojej żony, obie wybite w roku naszych urodzin. Takie to są właśnie moje doświadczenia z pobytu w tym miejscu. I jak tutaj nie wierzyć w magiczność miejsca. Naprawdę warto! Polecam Hampi!






czwartek, 7 września 2017

HAMPI / WIDŹAJANAGAR – INDIE, KARNATAKA CZ.1

Kolejne miejsce, które mogę zaproponować z przekonaniem, że idealnie trafi …prawie w każde gusta podróżnicze, to pozostałości po Królestwie Widźajanagaru (zwanego Grodem Zwycięstwa), znajdujące się w stanie Karnataka, w południowych Indiach. Na mapie google zlokalizowane są właśnie tam:


Wiele informacji historycznych można odszukać w zasobach internetowych, dotyczących tego miejsca. Można przeczytać, że Widźajanagar, to państwo hinduskie istniejące na przełomie XIV–XVII wieku, w niewielkiej wiosce Hampi. Było to ostatnie z wielkich królestw hinduistycznych jakie opierało się najazdom muzułmańskim. Czasy świetności imperium przypadły na XV i pierwszą połowę XVI wieku, gdy królestwo objęło swą władzą niemal cały obszar na południe od rzeki Kryszny. Jedna z informacji mówi, że prawdopodobne jest, iż nazwa ówczesnego państwa wzięła się od imienia wielkiego filozofa – Sri Widjaranja, który był nauczycielem duchowym pierwszego władcy – Harihara.




Oczywiście interesująca jest historia miejsca, ale obecnie atrakcyjne są pozostałości Królestwa, świetnie wkomponowane w otoczenie. O ich znaczeniu historycznym i wartości w dniu dzisiejszym niech świadczy fakt wpisania założenia na Światową Listę Dziedzictwa UNESCO. 




Siedzibę władzy królewskiej, ustanowiono na południe od rzeki Tungabhadra, wśród skalistych pagórków dających naturalną ochronę. Pierwsze pałace władców wzniesiono w Anegundi, a następnie zaczęto budować właśnie stolicę — Hampi. Poniżej obszar zabytkowego założenia wygenerowany z mapy google.


Zwiedzając pozostałości stolicy, obcując przy tym z przyrodą (głównie nieożywioną), odczuwa się pewien rodzaj „zawieszonej gdzieś ważności miejsca”. Nie można zapomnieć, że tajemniczości miejsca dodaje ich mitologiczne znaczenie. Założenie musiało być uświęcone, a jeśli nie było — to należało je uświęcić. Hindusi zwracali na to szczególną uwagę. Hampi usytuowano zatem na tzw. Polu Chwały, o którym wspomina księga Ramajana.






W okresie świetności państwo rosło w siłę i rozciągnęło kontrolę nad terenami całych Indii południowych. Stolica królestwa zasłużyła na miano najważniejszego miasta: na bazarach można było znaleźć nie tylko towary indyjskie, ale również inne światowe najdroższe i najbardziej luksusowe. Wspaniałe świątynie przyciągały pielgrzymów, a ich charakter był nie tylko religijny. Wszystkie praktycznie budowle były zorientowane na handel — świątynie miały długie perystyle, swoiste forum romanum, gdzie kwitło codzienne życie i wymiana towarów. W świątyniach śpiewały, grały na instrumentach i tańczyły słynne devadasi, boskie służebnice, organizujące teatralne widowiska mniej religijne, a bardziej mitologiczne i …. 





Jak podają źródła, na początku XVI w. Królestwo rosło w siłę, a jej władca, który rządził przez dwadzieścia lat (spędzając większość czasu w siodle i na słoniu bojowym, walcząc przeciw sułtanom) prowadził odpowiednią politykę. Bronił niezawisłości swych terytoriów, ale był też przyjazny dla obcokrajowców i sprawiedliwy dla mieszkańców. To za jego okresu panowania powstały w większości świątyń – oglądane dzisiaj – rzeźbione szeregi jeźdźców na koniach. Godnym odnotowania jest fakt przekazywania, za jego panowania, jednej czwartej dochodów na pomyślność i dobrobyt mieszkańców. Utrzymywał on kontakty z Portugalczykami i innymi kupcami obcej narodowości, którzy wszyscy zgodnie potwierdzali informacje o przepychu dworu i dobrobycie społeczeństwa. Funkcjonowanie Królestwa dobiegło końca w 1566 roku, po krwawej bitwie pod Talikot, która przyczyniła się do zniszczenia stolicy Hampi i zaprzestania funkcjonowania imperium.






Tak jak wspomniałem na początku, ruiny Hampi są zachwycające, między innymi dzięki fantastycznemu ich wkomponowaniu w krajobraz tam występujący: skały, w różnych rozmiarach, wzniesienia i pagórki o różnych wysokościach, majestatyczna, spokojna rzeka. Jednakże warto tutaj wspomnieć, że mogą budzić mieszane uczucia wśród zwiedzających, a to przez ich stan zachowania. Dodając do tego jeszcze styl życia współczesnych mieszkańców, ich kulturę, często brak zasad higieny, podejście do turystów,…no ale to przecież Indie …i nie zawsze tak jednoznaczne, jak by się wydawało – coś o tym pod koniec tekstu, w części 2-giej.